Home

Advertisement

Keyboard

  • Aug. 8th, 2009 at 1:53 PM
brainiac
Zawsze chciałam nauczyć się grać na pianinie. To znaczy "zawsze" jest pojęciem względnym, bo z tego co pamiętam, w bardzo wczesnej młodości pragnęłam raczej zostać władcą świata, później sławną pisarką, a na koniec Matą Hari, ale ogólnie gdzieś tam w międzyczasie pojawiła się myśl, że miło byłoby nauczyć się grać. Myśl czekała sobie spokojnie, rosła i zapuszczała korzonki.

Parę tygodni temu wujek, znudzony moim ciągłym marudzeniem, zdecydował się kupić mi keyboard. Okazało się, że to dopiero początek moich kłopotów. Co z tego, że miałam instrument, skoro nie potrafiłam go używać?

Prywatne lekcje okazały się zbyt kosztowne, książki i informacje, które znalazłam na internecie nic nie dawały. W końcu jednak trafiłam na internetowy kurs gry na pianinie prowadzony przez pewną Amerykankę i okazało się, że był to strzał w dziesiątkę. Lekcje są wyjątkowo przystępne, nagrania, teksty, nuty - wszystko łatwo da się zrozumieć. Największym zaskoczeniem była dla mnie jednak forma nauki. Jestem przyzwyczajona do polskiego: "zrób najszybciej, najwięcej, ile się tylko da", "zawsze staraj się opanować maximum materiału" połączonego z "jak to się stało, że JESZCZE tego nie potrafisz?". Tutaj jest zupełnie inaczej. Słyszę ciągle:

"Avoid learning too much too fast"
"Do not sabotage your success by being too hard on yourself"
"Enjoy each new step"


I, co podoba mi się najbardziej:

"Progress is progress no matter how small the steps are"

W pewnym sensie wszystko to, co napisałam powyżej to truzimy, ale przyznacie mi chyba rację, że w polskim systemie nauczania nie kładzie się w ogóle nacisku na radość uczenia się. Chodzi tylko o to, żeby chłonąć wiedzę, a to, czy sprawia Ci to przyjemność czy nie - to już tylko Twoja sprawa (albo Twój problem). Być może faktycznie przeciętny Polak ma większą wiedzę od przeciętnego Amerykanina, wie, gdzie leży Machu Piccu i kiedy zakończyła się I wojna światowa, żaden też nie powiedziałby chyba za Bushem na widok mapy Ameryki Południowej: "Wow! Brazylia jest duża!", ale chyba zgubiliśmy po drodze samo sedno. Zapomnieliśmy, że kształcenie się powinno sprawiać ludziom radość.

Uczymy się bardzo szybko i bardo dużo - przed sesją na uczelni, tuż przed klasówkami w szkole - i "połykamy" wiadomości tonami, zapominając, że sam proces nauki może być przyjemny. Przeskakujemy ponad naprawdę fascynującymi rzeczami, rzeczami, które w innym wypadku mogłyby nas zainteresować, zachęcić do zgłębienia danej dziedziny, mówiąc że "nie mamy czasu", "musimy się zacząć uczyć następnych rzeczy, bo inaczej nie zdążymy przed egzaminem" i wreszcie, że "jest tyle innych o wiele zabawniejszych rzeczy, które mogłabym/mógłbym robić".

Wiecie co? Ja chyba jednak wolę amerykańskie "smile and practice".


Rzeczy, które kocham

  • Aug. 7th, 2009 at 3:29 PM
mordka ze  szminką
Każdy ma swoje małe dziwactwa - tak sobie powtarzam za każdym razem, kiedy odkrywam u siebie zamiłowanie do kolejnej, z pozoru całkiem zwyczajnej rzeczy. Ot, chociażby uwielbiam czerwone buty. Ale takie naprawdę czerwone-czerwone - jak powiedziałaby moja ciocia - ojczojebne. Żadne bordo, cynober czy amarant nie wchodzą w grę, za to kiedy na przykład widzę na wystawie szpilki w odcieniu krwistej czerwieni, przysysam się do szyby i zaczynam się ślinić tak, że należałoby podstawić mi wiaderko pod brodę. 

Skoro jesteśmy już przy butach, to muszę dodać, że kocham także puchate skarpetki. Takie mięciutkie, ciepłe, z frotte. Mmm... Moje ulubione są koloru wściekłego różu i mają paski, i wiecie co? W skarpetkowym wydaniu nawet róż mi nie straszny. Powiedziałabym wręcz, że ma swój urok...

Mam absolutnego bzika na punkcie dużych kolczyków. Im większe, tym lepsze. Pierścionki, wisiorki czy bransoletki mnie nie interesują, ale jeśli zobaczycie kiedyś na ulicy dziewczynę, której przy uszach dyndają przywieszki z pomarańczy to istnieje duże prawdopobieństwo, że będę to ja.

Kocham zapach zżętej trawy i świeżej lawendy, dotyk futra mojego pieska na policzku i smak nalewki z pigwy.
Cała ściana u mnie w pokoju zawieszona jest breloczkami. Poważnie zastanawiam się nad zużytkowaniem kolejnej - zabrakło mi już gwoździ, a breloczków cały czas przybywa. Odwlekam to jak mogę, bo niestety będzie to wymagało ode mnie czynów heroicznych - nauczenia się obsługi wiertarki - ale ciągle mam nadzieję, że w końcu znajdzie się jakiś jeleń, który wbije te gwoździe za mnie.

Oceniam książki po okładce. Wiem, że nie powinnam, ale i tak to robię. Naprawdę dużego wysiłku wymaga ode mnie wzięcie się za czytanie czegoś, co wizualnie mi się nie podoba. Za to kiedy owionie mnie zapach starego papieru - albo dla odmiany kleju do książek, równie dobrze mogłabym być w niebie.

Francuski doprowadza mnie do intelektualnego orgazmu.

Mogę tak wymieniać i wymieniać w nieskończoność. Mam wrażenie - jakkolwiek pompatycznie to zabrzmi - że życie składa się z takim właśnie malutkich drobiazgów, drobnych przyjemności, bez których dni straciłyby smak i choćby nie wiem, jak były dziwne były moje upodobania, nie zamierzam się ich wyzbywać.

A wy? Jakie są Wasze małe dziwactwa?

Profile

słoń na kuli
[info]afritimal
afritimal

Latest Month

August 2009
S M T W T F S
      1
2345678
9101112131415
16171819202122
23242526272829
3031     

Syndicate

RSS Atom
Powered by LiveJournal.com
Designed by Lilia Ahner